Rozparagrafowani

Rozwód i dobro dziecka: czyli dlaczego nie warto ratować trupa małżeństwa w imię „kontaktu z ojcem”?

Rodzice trzymający małe dziecko za ręce podczas spaceru

 

Zamykasz drzwi. Do kuchni, żeby nie słyszał, że znowu płaczesz. Do pokoju dziecka, żeby mogło spokojnie zasnąć. Do wspólnego życia, które właściwie przestało być wspólne w chwili, gdy wróciliście ze szpitala z noworodkiem. Potem już było tylko: „kto kupi mleko?”, „czemu znowu wróciłeś po dwudziestej?” i „czy ty w ogóle wiesz, ile kosztuje przedszkole?”. Miłość – jeśli była – zgubiła się gdzieś między rachunkami a brakiem snu. Zostały formalności. I sąsiadka, która mówi: „Dobrze, że jesteście razem dla dziecka”.

Ale kiedy mówisz: dość, pojawia się on — nie, nie eks. Sąd.
I z kamienną twarzą wygłasza mantrę: dziecko potrzebuje obojga rodziców.

Nawet jeśli jeden z nich znika na tygodnie. Nawet jeśli dziecko nie poznaje ojca na ulicy. Nawet jeśli „kontakt” oznacza dwie godziny w miesiącu, pełne niezręcznego milczenia i wymuszonej pizzy.

Sąd nie pyta, co dziecko czuje. Pyta, czy ma „zagrożone więzi emocjonalne”. Jakby miłość rodzica dało się odmierzyć suwmiarką. Jakby obecność dało się wymusić pieczątką.

A gdy nie wie, co orzec, kieruje do OZSS – Opiniodawczego Zespołu Specjalistów Sądowych. Wysyła was na badanie, jakby to była pielgrzymka po prawdę. Dziecko i rodzice – do pokoju z lustrem weneckim, z zegarem bez wskazówek, z uśmiechem psychologa, który widział już wszystko i nic go nie zdziwi.

Tylko że na tę opinię OZSS-u czeka się czasem rok. W dużych miastach prawie dwa. Dwa lata niepewności, zawieszenia, tymczasowości. Dwa lata, w których dziecko rośnie, zapamiętuje. Dwa lata, w których matka czeka w napięciu, a ojciec — jeśli chce — może to wykorzystać, jeśli nie chce — ma idealną wymówkę, by się nie pojawiać.

Opinia, która miała być narzędziem, staje się duszącym oczekiwaniem. Sąd nie może orzekać bez niej, a życie nie zamiera na czas badania. Tyle że to życie nie interesuje wymiaru sprawiedliwości. On czeka. System czeka. A dziecko już nie może.

Zgodnie z doktryną – tą sprzed dekad, pachnącą kalafiorem z PRL-owskiego stołówkowego obiadu – rozwód może zaszkodzić dziecku. Może „utrwalić zerwanie więzi”. Może zniszczyć rodzinę. Bo przecież „rodzina” to coś, co trzeba utrzymać za wszelką cenę, nawet jeśli gnije od środka.

Tylko, że ta cena to najczęściej matka. Jej nerwy, jej zdrowie, jej życie, które zamienia się w tor przeszkód między opieką nad dzieckiem a unikaniem męża. Bo sąd mówi: może warto jeszcze poczekać. Może się coś zmieni.

Nie zmieni się.

Jeśli ojciec nie potrafi być obecny w życiu dziecka, to nie stanie się nagle troskliwy, bo sędzia odmówił rozwodu dla dobra małoletniego dziecka storn. Jeśli mężczyzna nie potrafi kochać, to nie nauczy się tego z rozprawy na rozprawę.

Dziecko potrzebuje obecności, nie nazwiska w akcie urodzenia. Potrzebuje kogoś, kto wie, jak ma na imię jego pluszak i czego się boi. Kogoś, kto nie znika po weekendzie z odwiedzinami, ale jest codziennie. Nawet jeśli tylko jeden z rodziców potrafi to zapewnić – to już wystarczy.

Ale nie dla sądu. Dla sądu rozwód to zagrożenie. To rysa na świętym obrazku. Nieważne, że to obrazek z katalogu iluzji. Że dziecko nie śpi w nocy, że matka boi się otworzyć lodówkę, bo może znowu znajdzie tam puste piwo zamiast obiadu. Liczy się tylko, żeby nie było rozwodu „dla dobra dziecka”.

A może właśnie ten rozwód jest pierwszą rzeczą, którą ktoś zrobi dla dobra dziecka? Może to jest gest miłości – powiedzieć: nie będę ci już fundować tej farsy.
Nie każda rodzina jest do uratowania. Ale każde dziecko zasługuje na prawdę.

Rozwód to nie porażka. To nie egoizm. To czasem jedyny sposób, żeby dziecko przestało patrzeć, jak mama płacze w łazience, a ojciec trzaska drzwiami. To czasem jedyny sposób, żeby pokazać dziecku, że relacje można zakończyć – ale nie trzeba przy tym kończyć siebie.

Sądy powinny przestać ratować trupy małżeństwa. Powinny przestać udawać, że „kontakt” jest zawsze wartością. Bo czasem kontakt boli. Czasem kontakt to tylko przedłużenie przemocy. I czasem najlepsze, co można zrobić, to pozwolić odejść. Sobie. Dziecku. Wszystkim.

W świecie, w którym rozwód nadal bywa tematem tabu, miejmy odwagę mówić: to nie ja zawiodłam, to system mnie nie chroni. A „dobro dziecka”? To nie martwa litera prawa. To żywe, oddychające, płaczące i śmiejące się dziecko, które zasługuje na coś więcej niż udawaną rodzinę.