Mężczyźni mówią, że kobiety odchodzą „bo tak”.
Bo im się znudziło.
Bo chciały więcej.
Bo feministki.
Bo Instagram.
To wygodna bajka. Krótka. Uspokajająca sumienie.
Prawda jest mniej efektowna i dużo bardziej bolesna:
kobiety nie odchodzą, kiedy jest dobrze.
Odchodzą wtedy, kiedy już nie da się oddychać.
Odchodzą, gdy codzienność zaczyna przypominać ciche umieranie.
Gdy miłość została zastąpiona pogardą, obojętnością albo chłodną kalkulacją.
Gdy żyją obok kogoś, kto przestał je kochać — i kogo one same przestały kochać, bo miłości nie da się uprawiać w pojedynkę.
Nie odchodzą z kaprysu.
Odchodzą z wyczerpania.
A potem zaczyna się druga faza. Ta gorsza.
Po rozwodzie wielu mężczyzn nie chce już „być rodziną”.
Chce wygrać.
W sieci krążą wpisy, screeny, komentarze. Brutalne, cyniczne, wypowiadane bez wstydu:
„Zajmę się domem, a jak weźmiemy kredyt, to się rozwiedziemy. Podzielę majątek, zabiorę dzieci i pozwę ją o alimenty.”
To nie jest żart.
To nie jest prowokacja.
To jest plan.
W innych miejscach pojawiają się wezwania do publicznego linczu:
pokazywanie zdjęć kobiet, zasłanianie im oczu paskiem, dopisywanie imion, hasła o „alienatorkach”, sugestie kar, banów, napiętnowania.
Jakby chodziło nie o matki, nie o ludzi, tylko o wrogów do zniszczenia.
Dlaczego?
Bo kobieta, która odchodzi, odbiera mężczyźnie coś znacznie cenniejszego niż związek.
Odbiera mu kontrolę.
Odbiera mu narrację, w której to on jest ofiarą, a ona winna.
Odbiera mu wygodny układ, w którym jej emocje były tłem, a jego potrzeby centrum.
I wtedy pojawiają się dzieci.
Nie jako istoty do kochania, ale jako argument.
Jako tarcza.
Jako broń.
„Mam prawo do dzieci” — słyszymy.
Tak, masz.
Ale od kiedy prawo do dzieci oznacza prawo do niszczenia ich matki?
Od kiedy troska o dziecko polega na publicznym opluwaniu kobiety, która je urodziła?
Od kiedy „dobro dziecka” wymaga kampanii nienawiści, screenów, oskarżeń, insynuacji?
To nie jest walka o dzieci.
To jest kara za odejście.
Mężczyźni nie nienawidzą kobiet dlatego, że te są złe.
Nienawidzą ich dlatego, że odważyły się wybrać siebie.
Że nie chciały już grać roli żony, która znosi wszystko w imię „rodziny”.
Że przerwały spektakl.
A system?
System często klaszcze.
Bo łatwiej uwierzyć w mit „wyrachowanej matki” niż w prawdę o emocjonalnym bankructwie dorosłych mężczyzn.
Łatwiej nazwać kobietę „toksyczną” niż zapytać, dlaczego tak wielu mężczyzn po rozwodzie zamienia żal w agresję.
Kobiety nie odchodzą, bo nienawidzą.
Odchodzą, bo nie chcą już być nienawidzone we własnym domu.
I może zamiast pytać:
„dlaczego ona odeszła?”
warto w końcu zapytać:
dlaczego tak bardzo boli was to, że już nie mogły zostać?