Rozparagrafowani

Zostałam w małżeństwie dla dobra dziecka

kobiet ai dziecko

Zostałam. Zostałam w małżeństwie dla dobra dziecka
Nie dlatego, że było dobrze.
Zostałam, bo było dziecko.

Tak sobie to tłumaczyłam. Każdego dnia od nowa. Jak mantrę, która miała mnie uspokoić, uśpić sumienie, zagłuszyć pytania. Mówiłam sobie, że robię to odpowiedzialnie. Że matka nie myśli o sobie. Że szczęście to luksus, na który przy dziecku nie wypada sobie pozwalać.

W tym domu nie było przemocy w rozumieniu kodeksowym. Nikt nie wzywał policji. Nikt nie krzyczał na tyle głośno, żeby sąsiedzi słyszeli. Było coś gorszego. Była obojętność, która z czasem zaczęła przypominać chłód. Było napięcie, które wchodziło pod skórę. Było życie obok siebie, a nie ze sobą.

Zostałam, bo bałam się słowa „rozwód”.
Bo brzmiało jak porażka.
Jak egoizm.
Jak coś, czego matce nie wolno.

Patrzyłam na dziecko i mówiłam sobie: jeszcze trochę. Jeszcze rok. Do szkoły. Do wakacji. Do momentu, kiedy będzie starsze. Zawsze istniał jakiś moment, który miał być właściwszy niż teraz. A „teraz” było nie do ruszenia, bo było niewygodne.

Dziecko wiedziało szybciej ode mnie.
Wiedziało, że coś jest nie tak.
Wiedziało, że mama jest zmęczona inaczej niż zwykłym zmęczeniem.
Że tata znika, nawet kiedy siedzi przy stole.

Nie pytało wprost. Dzieci rzadko pytają wprost. One obserwują. Składają rzeczywistość z detali. Z tonu głosu. Z tego, że rozmowy urywają się nagle. Z tego, że śmiech jest krótki i zawsze trochę spóźniony.

Zaczęłam widzieć, że moje „zostaję dla dziecka” zaczyna je kosztować. Że ono próbuje być grzeczniejsze, cichsze, bardziej niewidzialne. Jakby instynktownie chciało nie dokładać mi problemów. Jakby przeczuwało, że to ono jest powodem, dla którego mama trwa.

I wtedy pierwszy raz przyszła myśl, której nie chciałam dopuścić:
a co jeśli to nie rozwód niszczy dzieci, tylko życie w kłamstwie?

Bo czym jest ten dom?
Miejscem, gdzie uczę dziecko, że miłość to rezygnacja z siebie.
Że kobieta powinna wytrzymać.
Że relacja to pole minowe, po którym chodzi się na palcach.

Zrozumiałam, że dziecko nie potrzebuje mnie poświęconej.
Potrzebuje mnie obecnej. Spokojnej. Prawdziwej.

Nie odchodzi się impulsywnie, kiedy jest dziecko.
Odchodzi się odpowiedzialnie albo wcale. Dlatego zostałam dla dobra dziecka

I odpowiedzialność nie polega na tym, żeby zostać za wszelką cenę.
Polega na tym, żeby wiedzieć, co się robi.
Jak mówić.
Czego nie mówić.
Jak nie wciągnąć dziecka w konflikt dorosłych.
Jak nie zrobić z niego powiernika, sędziego ani mediatora.

Zrozumiałam też, że największym grzechem nie jest rozwód.
Największym grzechem jest udawanie, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest.

Dziecko nie potrzebuje pełnej rodziny na zdjęciach.
Potrzebuje świata, który jest przewidywalny.
Potrzebuje dorosłych, którzy nie chowają się za nim, kiedy boją się własnych decyzji.

Ze strachu zostałam w małżeństwie dla dobra dziecka

Zostałam więc tylko na tyle długo, żeby zrozumieć, że to „dla dziecka” było wygodnym kłamstwem.
A potem zaczęłam przygotowywać się do odejścia tak, żeby dziecko nie musiało płacić za moje lęki.

Bo czasem największą miłością matki nie jest wytrwanie.
Tylko odwaga, żeby przerwać złą historię i nie przekazać jej dalej.

Jeśli ten temat jest Ci bliski przeczytaj Dziecko w rozwodzie