W Polsce od lat rozwód przypomina rytuał przejścia, w którym małżonkowie muszą klęknąć przed majestatem Temidy, nawet jeśli jedyne, co ich łączy, to wspólne zdjęcie sprzed dekady i rachunek za pralkę na raty. A jednak trzeba przyjść, usiąść prosto, powiedzieć, że „uczucia wygasły”, jakby miłość była piecem CO do okresowego serwisowania.
Teraz ma się to zmienić. Państwo — łaskawie — zauważyło, że ludzie czasem rozchodzą się w ciszy, niekoniecznie z potrzebą heroicznego spektaklu na sali rozpraw. I zaproponowało: rozwód w urzędzie stanu cywilnego.
Nie w sądzie.
Nie pod krzyżem korony i godła.
W zwykłym USC, obok pokoju, gdzie w sobotę udziela się ślubów, a w poniedziałek rejestruje narodziny.
Ta sama sala, tylko floryści i muzycy niepotrzebni.
Można się cieszyć. Można ironizować. Można też, jak to w Polsce, podzielić się na dwa narodowe plemiona: tych, którzy twierdzą, że to krok cywilizacyjny, oraz tych, którzy zobaczą w tym upadek rodziny, moralności i być może koniec cywilizacji chrześcijańskiej, jaką znamy.
Tymczasem prawda jest bardziej banalna: polskie sądy toną. A toną nie dlatego, że ludzie są bardziej konfliktowi, tylko dlatego, że system jest wolniejszy niż drukarka w urzędzie miasta, która akurat „musi się chwilę zastanowić”.
Rząd przyjął więc projekt:
dla par bez dzieci, bez sporów, bez majątku, bez dramatu.
Dla tych, którzy rozeszli się już dawno, emocjonalnie i geograficznie.
Dla tych, którzy nie chcą odbudowywać małżeństwa, tylko odzyskać wolność — prawną, psychiczną, symboliczną.
Procedura ma być dwuetapowa, jak dobre francuskie kino: najpierw zapewnienie, potem oświadczenie. Nic nadzwyczajnego. A jednak budzi to większe emocje niż inflacja, bo w Polsce nic tak nie rozpala zmysłów jak cudze małżeństwo. Jeśli nie da się podrzeć komuś zdjęcia ślubnego, można przynajmniej podzielić się opinią, najlepiej z pozycji moralnego żołnierza.
Opłata? 300 zł za każdy etap.
W czasach, gdy w markecie papier toaletowy kosztuje tyle, ile kiedyś obiad w restauracji, brzmi to jak promocja. Ale nie o promocję tu chodzi.
Chodzi o symbol.
O to, że państwo nagle przestało traktować dorosłych ludzi jak dzieci, którym trzeba dokładnie przypilnować rozwodu, bo inaczej skrzywdzą siebie lub społeczeństwo.
Oczywiście natychmiast pojawią się głosy, że rozwód stanie się zbyt łatwy. Jakby małżeństwa w Polsce rozpadały się dlatego, że sądy za wolno drukują wyroki.
Małżeństwa rozpadają się dlatego, że ludzie przestają się kochać.
Albo nigdy się nie pokochali.
Albo pomylili miłość z kalendarzem — bo „trzeba wziąć ślub, bo wszyscy biorą”.
A unieważnić tego kalendarzowego małżeństwa potem nie sposób bez walki, pytań, świadków, opowieści o zdradach, winach i „niezgodnych charakterach”, które w Polsce bywają tak częste jak robienie kawy w biurze.
USC nie uzdrowi relacji.
Nie da odwagi.
Nie sprawi, że ludzie będą dojrzalsi.
Ale może w końcu pozwoli tym, którzy dawno zakończyli wspólną historię, zamknąć ją godnie, szybko i bez publicznej wiwisekcji emocjonalnej.
Reszta i tak zostanie jak była:
dzieci nadal będą kochać tych, którzy kochają je naprawdę.
Sądy nadal będą orzekać w sprawach, w których trzeba chronić dobro małoletnich.
A życie, jak to życie — będzie się toczyć dalej, bardziej skomplikowane niż każdy paragraf, ale też bardziej ludzkie niż każdy urząd.
Rozwód w USC nie jest rewolucją.
To raczej codzienny, zdrowy realizm:
ludzie się pobierają, ludzie się rozchodzą, ludzie czasem wyrywają sobie zdjęcia ze ślubnego albumu, a czasem odkładają je spokojnie na półkę.
Państwo po prostu — po latach — przyznało, że to normalne.