Podobno miłość wszystko zniesie. Nawet kontrolę paragonów z Biedronki.
Bo w Polsce miłość rodzicielska kończy się tam, gdzie zaczynają się alimenty — i rachunek za salceson.
Oto nowy rodzaj sądowego patriotyzmu: podawać matkę do sądu, bo „bierze 800+ i kupuje salceson zamiast szynki”.
Jakby w tej szynce była prawda, dobro i ojcowska godność.
A w salcesonie — moralne zepsucie i zaniedbanie dziecka.
Jakby cały dramat rodzicielstwa po rozwodzie dało się zważyć w wędlinie.
Ojcowie w Internecie piszą z oburzeniem, że matki wydają alimenty na siebie.
Jakby miały w domu osobny licznik prądu dla dziecka, osobne kable od laptopa, osobne pranie, osobne powietrze.
Jakby ich ciało nie było już częścią dzieciństwa — karmiącą, sprzątającą, cierpiącą matrycą codzienności.
Nie, nie ma tak dobrze.
Matka ma rozliczać się z każdej złotówki.
Wytłumaczyć, czemu dziecko ma kurtkę z zeszłego sezonu, a nie nową z Zary.
I dlaczego na kolację był makaron, a nie sushi.
Alimenty stały się nową formą władzy.
Nie miłości, nie odpowiedzialności — władzy.
Pieniądze jako kajdanki.
Przelew jako narzędzie kontroli.
„Daję ci, więc sprawdzam.”
„Płacę, więc wymagam.”
Jakby dziecko było projektem, a matka — wykonawcą z umową o dzieło: wychować, ubrać, wyedukować.
Bez przekroczeń budżetu.
A przecież alimenty nie są prezentem dla matki.
To udział w codzienności, która kosztuje: i pieniądze, i nerwy.
To prąd, którym ładuje się telefon dziecka.
To mleko, które stoi w lodówce także wtedy, gdy ojciec w weekend nie przyjedzie, bo „ma ważne sprawy”.
To emocje, które matka skleja po każdym rozczarowaniu, jak rozbite klocki Lego.
Może rzeczywiście, jak piszą internetowi prawnicy, dzieci powinny wiedzieć, na co idą alimenty.
Niech usiądą do stołu i przeliczą:
– buty: 249 zł
– zajęcia z angielskiego: 320 zł
– Netflix (żeby tata mógł obejrzeć, jak dziecko śmieje się w „Bluey”): 29 zł
– psycholog po rozwodzie: bezcenne.
Bo w Polsce wszystko można przeliczyć.
Nawet poczucie winy i samotność.
Tylko nie rozlicza się miłości.
Ona nie ma paragonu.
Więc może zamiast skarżyć się, że „matka kupuje salceson”, warto zapytać: dlaczego dziecko w ogóle je kolację bez ojca przy stole?
I czemu to właśnie matka — zmęczona, z paragonem w dłoni — wciąż tłumaczy się światu z tego, że wychowuje.